Strona główna / Maszyneria / Google Chrome z jasnego nieba czy burza w szklance wody?
poniedziałek 08 wrzesień 2008 | Anna Pawłowska-Pojawa
Google Chrome z jasnego nieba czy burza w szklance wody?
Out of the blue – tak w skrócie można podsumować to co się stało w tym tygodniu w Internecie. Jak grom, o pardon, jak Chrome z jasnego nieba spadła w środę internetowa przeglądarka Google. Na portalach, wortalach, forach i blogach technologicznych zawrzało.
Tagi: google, internet,

Chrome w ciągu kilku godzin zawojował użytkowników. Co takiego ma w sobie przeglądarka Google, że mało kto waży się napisać o niej słowo krytyki?

Szybki jak Chrome

Instalacja Chrome’a jest dziecinnie prosta: ściągnij, uruchom, zaimportuj dane (ulubione, hasła) z używanych dotychczas przeglądarek. Potem jeszcze krótkie wahanie, czy ustawić Chrome jako przeglądarkę domyślną i… można hulać po sieci. Szybkość działania to na pewno zaleta Chrome’a. Mimo że to dopiero wersja beta, już na starcie na wielu polach zostawia konkurencję w tyle.

De gustibus…

Sama przeglądarka nie powala. Okno jest proste, można powiedzieć, minimalistyczne. Czy ładne to już kwestia gustu, a o gustach, jak wiadomo, nie dyskutuje się. Poza tym, jeżeli o Windows’ach mówiło się, że są dla osób mało inteligentnych ze względu na swoją „obrazkowość”, to Chrome w swoim layoucie operuje jeszcze prostszym przekazem obrazkowym. To pewnie znak czasów.

Czy Chrome jest wygodne? Dla tych, którzy do tej pory korzystali z innych przeglądarek – średnio, bo przyzwyczajenie jest drugą naturą, a Chrome oferuje parę niestandardowych rozwiązań. I na przykład opcji usuwania historii odwiedzanych stron trzeba chwilę poszukać (jest w narzędziach, ale osobno, a nie w opcjach). Pasek adresu zintegrowany z wyszukiwarką, wyszukujący podczas wpisywania adresu WWW, też potrafi wprowadzić nieco zamieszania. Dla odmiany pomysł na domyślną stronę główną, na której zamieszczone są ostatnio lub najczęściej odwiedzane strony, szybko przekonuje do siebie.

Ja tu tylko incognito

Google Chrome przygotowało też cos dla osób, które lubią zaglądać na strony, na które zaglądać nie powinny. Albo które nie chcą, żeby ktoś inny mógł sprawdzić, co robiły w sieci i gdzie. Tryb incognito powoduje, że  przeglądane strony internetowe oraz pobierane pliki nie są rejestrowane w historii przeglądania ani pobierania. Wszystkie nowe pliki cookie są usuwane po zamknięciu okna incognito. Żeby brak ruchu w sieci nie budził podejrzeń, można jednocześnie przeglądać strony w trybie zwykłym i incognito w dwóch oddzielnych oknach. Warto też przy tym pamiętać, że zmiany w zakładkach i ustawieniach ogólnych przeglądarki Google Chrome wprowadzone w trybie incognito zawsze są zapisywane.

Amerykański ser szwajcarski

Twórcy Chrome’a mogą się bronić, że to dopiero wersja beta. Ale już dzień po premierze w nowej przeglądarce stwierdzono wiele słabych punktów, które mogą stanowić zagrożenie dla komputerów jej użytkowników.

Próba ognia

Ekspert ds. bezpieczeństwa informatycznego Aviv Raff opublikował demonstracyjny exploit. W przypadku odwiedzenia przygotowanej przez niego witryny na komputer użytkownika zostaje ściągnięte archiwum Javy. Zapisuje się ono w folderze przeznaczonym dla pobranych plików bez wiedzy internauty. Kliknięcie przycisku pobierania w przeglądarce spowoduje uruchomienie apletu Java. Opisany exploit wykorzystuje prawdopodobnie znaną z Safari, a konkretnie z silnika WebKit tzw. bombę dywanową w połączeniu z pewnym błędem w obsłudze Javy. Opublikowano też inny demonstracyjny exploit, który stawia pod znakiem zapytania zachwalaną przez Google'a stabilność i integralność Chrome. Doprowadza on bowiem do całkowitego zawieszenia programu. Google twierdzi natomiast, że poszczególne witryny czy aplikacje są obsługiwane w oddzielnych kartach. Gdyby tak faktycznie było, zakłócenia występujące w jednej karcie nie miałyby wpływu na strony wyświetlane w pozostałych kartach.

Licencja, czyli gruba nić do drenażu mózgów wg Google

Chrome, jak wiele programów, ma swoją licencję, czyli warunki użytkowania. Konia z rzędem temu, kto czyta licencje kupowanego oprogramowania (dopóki ono działa), a co dopiero, kiedy licencja dotyczy programu ściąganego za darmo z sieci.

Tymczasem licencja Chrome może być ciekawą lekturą. W swojej pierwotnej wersji zawierała punkt 11, który mówił wprost m.in., że „zgłaszając, publikując lub wyświetlając treść, Użytkownik udziela Google stałej, nieodwołalnej, ważnej na całym świecie, nieodpłatnej i niewyłącznej licencji na reprodukcję, adaptację, modyfikację, tłumaczenia, publikację, publiczne odtwarzanie, publiczne wyświetlanie i rozpowszechnianie wszelkiej Treści zgłaszanej, publikowanej lub wyświetlanej w Usługach (Chrome) lub za ich pośrednictwem”.

Inny kwiatek w tym samym punkcie brzmiał: „Użytkownik rozumie, że Google podczas przeprowadzania niezbędnych czynności technicznych w celu świadczenia Usług naszym użytkownikom może (a) przesyłać lub rozpowszechniać Treść należącą do Użytkownika w różnych sieciach publicznych i na różnych nośnikach; oraz (b) dokonywać zmian Treści należącej do Użytkownika niezbędnych w celu dostosowania Treści do wymogów technicznych odpowiednich sieci, urządzeń, usług lub nośników. Użytkownik akceptuje fakt, że niniejsza licencja uprawnia Google do podejmowania takich działań.”

Zapis przeżył… 2 godziny

Użytkownicy nie zrozumieli i po niespełna dwóch dniach Google wycofał się z tych zapisów, pozostawiając jedynie zapis, że użytkownik zachowuje prawa autorskie i inne już posiadane prawa do treści, którą umieszcza lub wyświetla w Chrome.

Po co komu Chrome, czyli rewolucja przereklamowana

W pierwszych godzinach po umieszczeniu w sieci bety Chrome serwer przeżył istne oblężenie. W świat poszła informacja, że przyszła kolejna internetowa rewolucja i konkurenci Google mogą pakować manatki. Po dwóch dniach fala entuzjazmu nieco przygasła, ale i tak mówi się, że Chrome jest w stanie zdobyć znaczący udział w rynku (pada nawet liczba 20 proc.).  

Entuzjaści Chrome zdają się zapominać o jednej ze złotych reguł marketingu. Brzmi ona: Lepiej być pierwszym niż lepszym.

Może i Chrome jest super szybki, ale różnice pomiędzy nim a innymi przeglądarkami są na poziomie zauważalnym tylko dla pewnej grupy ekspertów. Może i Chrome jest darmowy, ale Firefox czy Opera – też, a IE jest częścią Windowsa, więc jeżeli już ktoś kupił licencję, czemu ma z niej nie korzystać… ? Może i Chrome jest funkcjonalny, ale nie bardziej niż inne już dostępne przeglądarki.

Społeczeństwo przeglądarki już posiada

I tu mam clue przereklamowania Chrome’a. Większość internautów już z jakiejś przeglądarki korzysta. Chrome zainstalują jako drugą, alternatywną, ci, którzy technologiami trochę się interesują. A takich w społeczeństwie jest raczej mniejszość niż większość. No i ci, którzy się interesują, korzystają z różnych systemów operacyjnych. A Chrome, póki co, nie ma wersji dla Mac OS X ani dla Linuksa.

I wreszcie, internauci bardzo nie lubią jak się ich próbuje naciągnąć. A to właśnie próbował zrobić Google formułując pierwotne warunki licencji. Co prawda szybko z nich zrezygnował, ale złe wrażenie pozostało. 

Podobne artykuły
Komentarze
comments powered by Disqus
zobacz więcej
Video
więcej
Video"
więcej
Facebook
więcej