Na czasieMilion nowych aut w 2028 roku? Dane z rynku mówią coś innego > Robert Kamiński Opublikowane 20 listopada 20250 0 363 Podziel się Facebook Podziel się Twitter Podziel się Google+ Podziel się Reddit Podziel się Pinterest Podziel się Linkedin Podziel się Tumblr Informacje prasowe mają jedną zaletę: nie znają umiaru. W najnowszej wizji Superauto.pl Polska za cztery lata będzie krajem, w którym „moda na nowe auta zastąpi modę na samochody używane”, Chińczycy wykreują nowy gust motoryzacyjny, a rok 2028 przyniesie milion sprzedanych nowych samochodów.Patrzę na te zdania i widzę dwie różne Polski. Tę z notki, z milionem nowych aut, i tę z raportów o rynku wtórnym, w której przeciętny kupujący wyciąga z kieszeni trzydzieści kilka tysięcy złotych. I zastanawiam się, która z nich jest prawdziwa, a która istnieje wyłącznie w Excelu. Auto za kilka pensji kontra auto za kilka lat pracyZacznijmy od fundamentu, czyli od tego, ile Polak realnie wydaje na samochód. Z barometrów AAA Auto i analiz wtórnego rynku wyłazi bardzo stabilny obraz: mediana ceny używanego auta kręci się wokół 30–35 tysięcy złotych. Raz jest 30,9 tys., raz 33,9 tys., raz 32,9 tys. – ale zawsze w tym samym przedziale. To jest nasza motoryzacyjna norma.Za tyle kupuje się samochód „dla rodziny”: dziesięcioletni, może dwunastoletni, z Niemiec, z Holandii, z nieznaną liczbą właścicieli i znanym mechanikiem pod blokiem. To jest zakup „za kilka pensji”, a nie za kilka lat zarobków.W tym samym czasie z tych samych źródeł dowiadujemy się, że średnia cena nowego auta dobija do okolic 160 tysięcy złotych. Tu nie ma żadnej finezji: cztery–pięć razy drożej niż przeciętna używka. To jest różnica, której nie załatwi ani „nowa moda”, ani ładny konfigurator na stronie.Co obiecuje notka prasowaNa tej ziemi, podszytej trzydziestoma kilkoma tysiącami złotych, ląduje komunikat ze świata marzeń. Prezes Superauto.pl mówi, że młodzi Polacy nie mają kompleksu „chińskiego”, że nie wierzą już, że tylko niemieckie znaczy dobre. Że gdy dostaną nowe auto w niższej cenie niż do tej pory, odwrócą się od rynku wtórnego. Że chińskie marki, które już dziś zwiększają udział w rejestracjach, pociągną za sobą całą zmianę kultury zakupu.I wreszcie najmocniejszy obrazek: milion chińskich aut na drogach i milion nowych samochodów różnych marek sprzedanych w samym 2028 roku. Autor zastrzega, że to „wizja, nie matematyczna prognoza”. Ale nagłówek i tak zapamiętuje tylko jedno słowo: MILION.Co w tej opowieści się zgadzaŻeby nie było: ten tekst nie jest całkowicie odklejony od rzeczywistości. Są w nim trzy elementy, które warto potraktować serio.Po pierwsze, chińskie marki naprawdę idą do przodu. Widać je coraz częściej w statystykach, widać je w salonach, widać w tym, jak mocno stawiają na elektryki i hybrydy. Zestawienia przygotowane w nocie – MG kontra Opel, BYD kontra Tesla – pokazują realne różnice cenowe. Nie są to bajki: przy podobnym wyposażeniu „chińczyk” często jest wyraźnie tańszy.Po drugie, młodsze pokolenia rzeczywiście nie mają świętego nabożeństwa do niemieckich marek. Dla 25–35‑latka ważniejsze bywa, czy auto ma sensowny system multimedialny, dobre bezpieczeństwo i jak wygląda, niż to, czy na masce jest znaczek z Wolfsburga.Po trzecie, udział chińskich marek w rynku będzie rósł. To nie jest pytanie „czy”, tylko „jak szybko”. Europa jest dla nich strategicznym polem bitwy, a Polska – wdzięcznym poligonem, bo nie mamy własnej marki, do której bylibyśmy przywiązani jak Niemcy do VW czy Francuzi do Renault.To wszystko razem składa się na sensowną tezę: chińskie auta namieszają na polskim rynku nowych samochodów. Tyle że jeszcze nie wiadomo, na jaką skalę.A gdzie zaczyna się fikcja?Problem pojawia się w momencie, gdy ta sensowna teza zostaje rozciągnięta jak guma w dresie. Z nagłówka „Chińczycy mocno rosną” robi się „moda na nowe zastąpi modę na używane” – i to już nie brzmi jak opis, tylko jak życzenie.Wyobraźmy sobie przez chwilę drogę od dzisiejszych 600–630 tysięcy nowych aut rocznie do miliona w 2028 roku. To nie jest kosmetyczna korekta. To jest skok o około 50 procent w trzy lata. Żeby to się stało, musi się wydarzyć kilka rzeczy naraz: mocne przyspieszenie gospodarki, realny wzrost dochodów, tańsze finansowanie, a najlepiej jeszcze wyraźny spadek cen samych samochodów.A na razie widzimy coś innego. Widzimy, że używane auta są drogie jak nigdy – i mimo to sprzedają się szybciej niż przed pandemią. Widzimy, że mediana ceny wtórnego rynku stoi uparcie w okolicy 30–35 tysięcy. Widzimy, że dla przeciętnego kierowcy samochód jest nadal wydatkiem z kategorii „raz na wiele lat”, a nie co trzyletnim gadżetem wymienianym razem z telefonem.W tym kontekście zdanie o „końcu mody na używane” brzmi jak żart zrobiony ludziom stojącym w kolejce do komisu.Chińska rewolucja, ale nie takaCzy to znaczy, że chińskie marki niczego nie zmienią? Wprost przeciwnie. One zmienią bardzo dużo, tylko od innej strony, niż sugeruje informacja prasowa.Najbardziej prawdopodobny scenariusz jest nudniejszy, ale bliższy życia. Dziś pierwsza fala chińskich aut trafia do salonów, flot i leasingów. Za kilka lat te samochody zaczną wracać na rynek wtórny jako trzy‑, pięcio‑, siedmioletnie używki. I wtedy prawdziwa zmiana wydarzy się nie w statystyce nowych rejestracji, tylko na Otomoto.Za 40–50 tysięcy złotych – czyli w ulubionym polskim budżecie – obok piętnastoletniego diesla z Niemiec stanie pięcioletni chiński crossover z pełną historią. Obok zmęczonego kompaktu pojawi się młodszy elektryk z Państwa Środka.Jeśli gdzieś ma się zmienić „moda”, to właśnie tam: z bardzo starych używanych na młodsze używane. Z „byle był Passat w TDI” na „wezmę MG, bo ma mniej lat, a nie gorszą blachę”.To nie jest opowieść o tym, że Polacy nagle masowo porzucą rynek wtórny. To jest opowieść o tym, że rynek wtórny się odmłodzi – w dużej mierze właśnie dzięki chińskim markom. I to akurat ma sens.Kto ma prawo do wizjiPrezes firmy sprzedającej nowe auta ma pełne prawo marzyć o milionie samochodów rocznie. Ba, ma obowiązek sprzedawać taką wizję swoim inwestorom i klientom. Od tego jest.My mamy prawo zapytać: co mówią liczby? A one mówią tyle, że Polska jest dziś krajem używanego auta za trzydzieści kilka tysięcy złotych. Krajem, w którym samochód nadal kupuje się „na długo” i najczęściej z drugiej ręki. Krajem, gdzie chińskie marki będą rosły, ale nie wyczyszczą z dnia na dzień komisów, giełd i ogłoszeń.Czy w 2028 roku naprawdę zobaczymy milion nowych rejestracji? Być może. Ale jeśli miałbym obstawiać, powiedziałbym tak: w 2028 roku nadal będziemy kupować głównie używane. Różnica będzie taka, że obok starego Passata częściej stanie młody „chińczyk”.A informacja prasowa Superauto.pl zostanie jako ciekawy dokument epoki, w której PR wyprzedzał rzeczywistość o kilka zer.Related PostsPrzeczytaj również! Zagadkowy skok w rejestracjach elektryków Wyjazdy na długie weekendy wśród najczęstszych powodów wypożyczania aut przez Polaków Ten leasing chroni przed niekorzystnymi zmianami przepisów podatkowych. Nagły wzrost popularności