Home Na czasie Kto zapłaci za Polskę lokalną?

Kto zapłaci za Polskę lokalną?

0
0
18

Sopot, koniec maja. Hotel Sheraton, ponad pięćset osób, dwadzieścia dwa panele w dwa dni. Konferencja PIKE 2026 — coroczne spotkanie branży telekomunikacyjnej i nadawców lokalnych — wyglądała jak każde inne wydarzenie tego formatu. Parlamentarzyści, regulatorzy, prezesi, mikrofony. Tylko że pod kurtuazją branżowych debat przebijał się jeden wspólny motyw, którego nikt nie nazwał wprost: dwie branże budujące lokalną Polskę — sieciową i informacyjną — działają w systemie, który je powoli wykańcza.

Inwestor bez zysku

Prof. Witold Orłowski, główny ekonomista PwC Polska, dostarczył liczb, które powinny zaalarmować każdego kto uważa, że internet w Polsce po prostu „jest” i zawsze będzie. Przychody sektora telekomunikacyjnego spadły realnie o około 22% w ciągu pięciu lat. W tym samym czasie firmy telko inwestowały 21% swoich przychodów w infrastrukturę — ponad trzykrotnie więcej niż wynosi średnia dla całej gospodarki. Za kilka lat branża będzie potrzebować kolejnych około 50 miliardów złotych na rozbudowę sieci.

Przeliczmy to na język zrozumiały poza salą konferencyjną: sektor który utrzymuje w ruchu całą cyfrową gospodarkę — od płatności przez Teams po logistykę magazynową — zarabia coraz mniej i jednocześnie musi inwestować coraz więcej. To nie jest model biznesowy, to jest powolne zjadanie własnego kapitału.

Ponad 70% ankietowanych operatorów uważa, że regulacji jest zbyt wiele. Ponad 60% wstrzymuje inwestycje z powodu niepewności regulacyjnej. I właśnie w tym momencie z Brukseli nadchodzi Digital Networks Act — dokument, który miał upraszczać otoczenie prawne zgodnie z postulatami raportu Draghiego. Liczy 377 stron.

Michał Kobosko, europoseł Renew Europe, ostrzegał przed bezterminowymi licencjami na częstotliwości, które mogą trwale ograniczyć konkurencję. Prezes UKE Przemysław Kuna mówił wprost: nie chce więcej regulacji, poza absolutnie niezbędnymi. Obaj mają rację. Obaj są częścią systemu, który produkuje odwrotne skutki.

Dziesięć procent widzów, zero procent reklamy

Kilka sal dalej toczyła się rozmowa pozornie z innego świata. XIV Forum Telewizji Lokalnych — telewizje, które docierają do 10% Polaków — ujawniło problem równie strukturalny, tylko mniej widoczny w danych makroekonomicznych.

Lokalne stacje mają widzów. Nie mają przychodów z reklamy. Między lokalnym reklamodawcą a lokalną stacją stoi broker reklamowy, który kieruje budżety do ogólnopolskich kanałów i globalnych platform. Bez rzetelnych badań oglądalności lokalnej reklamodawca nie ma narzędzia żeby ocenić wartość emisji w regionalnej telewizji. Bez przychodów stacja nie ma środków na badania. Koło się zamyka.

Do tego dochodzi historia programu „Bliska Kultura” — pierwszego w historii, który umożliwił lokalnym mediom ubieganie się o środki ministerialne. Brzmi jak przełom. W praktyce: zamiast oczekiwanych 300 wniosków wpłynęło 155. Powód? Formularz zaprojektowany dla organizacji pozarządowych, nie dla nadawców komercyjnych. Koszty emisji wyłączone z wydatków kwalifikowalnych. Brak definicji telewizji lokalnej w prawie — co oznacza, że instytucja, której program miał pomagać, formalnie nie istnieje.

Anna Kobielska-Okrój, prezeska TV Proart, apelowała o wprowadzenie tej definicji, systemowe wsparcie i przełamanie monopolu brokerów. Postulaty słuszne i precyzyjne. Szanse na realizację — na razie nieznane.

Ten sam problem, dwa piętra

Telekomunikacja i media lokalne to pozornie oddzielne światy. Jedna branża kładzie światłowody, druga produkuje lokalny news. Ale w Sopocie obie mówiły o tym samym: o systemie, który nagradza skale i platformy, a karze tych którzy budują lokalnie.

Operator regionalny inwestuje w infrastrukturę, płaci za regulacje i de facto współfinansuje z własnych przychodów część wydatków państwa na cyberbezpieczeństwo — bez adekwatnej rekompensaty. Lokalna telewizja dociera do swojej społeczności, ale nie może skutecznie sprzedać tej obecności reklamodawcy, bo rynek reklamowy jest skrojony pod zupełnie innych graczy.

W obu przypadkach regulacje i struktury rynkowe działają przeciwko tym, którzy faktycznie budują lokalną tkankę — sieciową i informacyjną.

Co z tego wynika

Dla właściciela firmy w średnim polskim mieście ta konferencja mogła wydawać się odległa. Branżowe spory, unijne dokumenty, postulaty stowarzyszeń. Tymczasem stawka jest konkretna: jakość łącza w biurze za trzy lata i to czy lokalny dziennikarz napisze o problemie z dofinansowaniem dla jego branży, czy już nie będzie miał gdzie.

Infrastruktura sieciowa i informacyjna nie bierze się znikąd. Ktoś musi w nią inwestować. Pytanie z Sopotu brzmiało: przy obecnych warunkach — kto i jak długo jeszcze będzie chciał.

Dodaj komentarz

Przeczytaj również

Biuro, za które zapłacisz z własnej kieszeni

Dostałem właśnie raport, który twierdzi, że 87% pracowników hybrydowych jest gotowych odda…